środa, 19 sierpnia 2009

... o pokoleniach

M: Powiem Ci, że ja chyba nie rozumiem młodego pokolenia.
M: Widocznie nie nadążamy za współczesnością.

Ale jak można nadążać za czymś/kimś takim?

- Kawa koniecznie musi być w papierowym kubku i noszona po całym mieście, dodatkowo wnoszona do każdego sklepu, środka lokomocji itd. A że kogoś się przy okazji obleje...no cóż, takie życie.
- Jeśli pojawia się kawa to i łokieć, zawsze tak wystawiony aby nadziewali się na niego dosłownie wszyscy. Chociaż wiadomo - sami na niego wchodzą.
- O byciu ofiarą mody to już chyba nawet nie powinnam wspominać, ale żeby nikt mi nie zarzucił, że lecę po łebkach... U panów pojawiają się grzywki, przez które czasem określenie płci zajmuje dłuższą chwilkę (z paniami jest zresztą podobnie ;p ), wychudzenie też w tym nie pomaga. płeć piękna ogranicza się wyłącznie do tego, co serwują modne magazyny. I tak też mamy dziewoje ubrane według strony 15 - bohema nadchodzi, 34 - kwieciście jak kanapa babci, 57 - seksownie nie znaczy z gustem i oczywiście... dodatek specjalny na wakacje - papuzie ubarwienie na twarzy i włosach. Chłopcy mają łatwiej...wszystko co różowe i przymałe.
I tutaj mój osobisty apel (jakby na gg,gronie,myspace i facebooku było go za mało):
PANOWIE, ZOSTAWCIE RÓŻ LATYNOSOM!
Dziękuję.
- Wszyscy są a raczej muszą być oryginalnie! To hasło stało się już prawie pierwszym przykazaniem w dekalogu młodego pokolenia.
Oryginalny = H&M, Top SHOP, Zara.
(reszty marek nie wymieniam, bo i tak należą do tych samych koncernów co powyższe, a co za tym idzie...sprzedają to samo w innych kolorach)
- Stosunek do wyższych wartości jest rzeczą względną. Bo niby co jest wyższą wartością?
Na pewno pieniądze, które szczęścia nie dają, ale dają znajomych i oryginalność, więc status społeczny. Rodzina jest zdecydowanie passé, dlatego nikt nie mówi o urodzinach mamy i rocznicy ślubu wujka ze strony babci ciotecznego brata. Lepiej powiedzieć, że się wyjeżdża na weekend. Bo to jest teraz na czasie. Stara dobra uczciwość i szczerość też wyjeżdżają na weekend :)
- I tak dochodzimy do miłości, która podobno jest, ale przemieniła się w posiadanie kogoś na pokaz. Jest ktoś z kim koniecznie trzeba iść za rękę nawet w zatłoczonej alejce supermarketu (boże to jest dopiero g
énade...w markecie:/ ), koniecznie wsadzać ręce pod koszulkę i spodnie w kawiarni i mój numer jeden posiadania kogoś... obślinianie się w autobusach, metrze, na przystankach i w kolejce. Tak, obślinianie. Bo pragnę zauważyć, że pocałunki też są na weekendzie :)
- Rozmowy toczą się bez wyraźnego tematu. Ale przecież nie o temat tutaj chodzi. Najważniejsze żeby jak największa liczba osób stojących z boku słyszała, że się wypluwa z siebie jakieś tam wyrazy. Trzeba przy tym pamiętać o chóralnych okrzykach w rodzaju "No co ty!?" "No nie mów!" "No nie może być!" (o co chodzi z tym całym 'no'? czyżbym miła kolejny temat ;> ).
Trzeba jeszcze koniecznie gestykulować. A że przy okazji wydłubie się komuś oko na ulicy...cóż, zdarza się.
- Wszyscy są PIĘKNI.Zupełnie bez skazy, zagnieceń,plamek i niesfornych kosmyków (chyba,że te akurat zrobione są przez fryzjerkę w trakcie 4 godzinnego czesania kucyka do szkoły).
- Impreza nie była dobra jeśli ktokolwiek pamięta ją od początku do końca! :)
- Przyjaźnie zawierane są pod warunkiem, że: portfele są tak samo wypchane; dane osoby spełniają powyższe warunki w stopniu idealnej zgodności z opisem.

Pasuje Wam to do opisu współczesnego pokolenia???
No raczej!
Ale wiecie co jest najgorsze???
Mi to pasuje do opisu mojego pokolenia. Pokolenia nieco starszego niż 'banany' z gimnazjum.
Pokolenia ludzi z tytułem magistra w kieszeni. Pokolenia mającego dwoje a nawet troje dzieci.
Pokolenia wychodzącego za mąż/żeniącego się. Pokolenia szukającego pracy jak również tego siedzącego za biurkiem kierownika.
O ile mając lat 17 byłoby to wszystko jedynie zabawnym spektaklem wystawianym na scenie życia, tak mając już za sobą ćwierć wieku jest to wręcz przerażające, żenujące.
I co z tym dalej zrobić? Jak długo można uciekać przed własnym pokoleniem?

Póki starczy nam tchu!


wtorek, 18 sierpnia 2009

... o psikusach podświadomości

SEN - stan czynnościowy ośrodkowego układu nerwowego, cyklicznie pojawiający się i przemijający w rytmie okołodobowym, podczas którego następuje zniesienie świadomości (za wyjątkiem świadomego snu) i bezruch. Sen charakteryzuje się ustępowaniem pod wpływem czynników zewnętrznych.

Jesteśmy zmęczeni, oczy same nam się zamykają. Kładziemy się. Zasypiamy. Budzimy się wyspani, pełni energii na kolejne godziny.
Prawda, że banalnie proste!
A już ci...

M: Dzwoniłam wczoraj do ciebie?
A: kilka razy.
M: A w nocy?
A: No co ty! Nie. Nie mów, że znów masz te senne 'jazdy'.
M: Mam.
A: Co tym razem?
M: Zadzwoniłam do Ciebie po przepis na sałatkę z makaronem.
A: I podałam Ci go?
M: Opakowanie ravioli,kukurydza,trochę papryki,kurkuma,sól,pieprz,majonez. Wybornie smakowała do piersi z kurczaka i czerwonego wina.
A: O cholera! Jaka jazda! To są te składniki.
M: No wiem, przecież mówię Ci,że sałatka palce lizać.
A: Ale jakim cudem?...

A: Zaczynam się Ciebie bać.

Sny są tworami fizjologicznymi. Ich wizualny charakter jest zazwyczaj najbardziej wyrazisty (zdarzają się jednak marzenia senne o przewadze doznań słuchowych). Człowiek, który ich doświadczył opisuje je zazwyczaj jako bardzo realistyczne, dotyczące życia i problemów codziennych. U każdego mogą się też pojawiać wątki fantastyczne, erotyczne a nawet surrealistyczne.

Twory.Wyraziste.Realistyczne.Życie codzienne.Fantastyka.Surrealistyka.Erotyka.
I co z tego, że to wszystko wiemy od uhhhuuu albo i dłużej.
Co z tego, że wszystko przecież ma jakieś logiczne wytłumaczenie.
Co z tego?
Wiemy to wszystko, i duma nas rozpiera aż nagle...
Budzimy się rano. Wszystko gra - nasz pokój, niebieski podkoszulek dalej jest na nas, kubek z sokiem na swoim miejscu, nawet kołdra się zgadza. Rzucamy spojrzenie przez ramię...hmm czy z nami aby ktoś nie spał tej nocy? Chyba nie, bo w łóżku dalej jesteśmy same. Ale zaraz, coś chyba nie gra. Przecież dobrze pamiętamy, że idąc spać wzięliśmy z lodówki butelkę wody,bo...
Chwila, od początku...
Rano obudził nas budzik (prawidłowo,bo to był piątek), szybkie śniadanie bo i tak na autobus się spóźnimy i trzeba będzie biec. W pracy gadaliśmy z tą wypindrzoną wydrą, że musimy wcześniej wyjść bo mamy spotkanie na mieście ze znajomymi. To dziwne, ale nawet się bardzo nie rzucała. W restauracji już wszyscy na nas czekali. Trochę obciach, ale nie jesteśmy swoim własnym szefem. Z głośników leciała strasznie denerwująca muzyka. Tylko ona wpadła na pomysł, aby pogadać z obsługą - puścili coś innego. Wszystkim dopisywały humory. Jedzenie zwalało z nóg, to dobrze, że on zna się na dobrej kuchni. Drinki były chyba trochę za mocne, ale urodziny brata są tylko raz w roku. Tort był wyśmienity! Gdzie ta dziewczyna go kupiła? Musze się koniecznie dowiedzieć. A może sama go piekła. Wyszliśmy koło pierwszej. On wsiadł do naszej taksówki. Jak sam powiedział "nie lubi,kiedy kobiety same jeżdżą". No cóż, nie umiemy odmawiać zwłaszcza komuś takiemu. Wstąpił jeszcze na kawę - najstarszy numer świata. No ale trzeba mu to przyznać... potrafi skubaniec całować. Tuż po jego wyjściu dostałyśmy sms-a od niej (co za synchronizacja) z zapytaniem 'i jak tam?'. Nie wiemy jakim cudem wiedziała, ale w sumie to przecież mamy małe grono znajomych. Tu wszyscy wiedzą wszystko... Wiadomo co odpisałyśmy :)
Potem była wanna i płyn do kąpieli o zapachu letniej łąki. Idąc spać wzięłyśmy wodę na rano, bo po tych wszystkich parasolkowych drinkach mogło być ciężko. Długo nie mogłyśmy zasnąć - to pewnie przez emocje i duszną noc. W końcu udało się. Nie trudno było zgadnąć, że będzie się nam śnił. Ale co to był za sen...

Cholera. Więc co jest z tym sokiem w kubku?! Byliśmy w tej restauracji czy nie.
Gdzie komórka.
"Wiadomości odebrane"... nic do nas w nocy nie napisała.
"Wiadomości wysłane"... też nic.

Coś mi mówi, że obłęd jest bliżej niż to się nam wydaje.

niedziela, 12 lipca 2009

... o szczerości

G: Było do bani. W restauracji śmierdziało paloną gumą. Obsługa opryskliwa i w poplamionych ciuchach. A jedzenie...O boże. Cud, że żyję.
M: I co powiedziałaś?
G: że było super. Tak miło i takie tam.
M: Czemu?
G: Co czemu?
M: Czemu kłamałaś mu prosto w oczy? Rozumiem,że nie chciałaś go urazić a co jeśli będziecie tam częściej chodzić? Za każdym razem będziesz mówić, że "było miło"?
G: No nie. Kiedyś powiem mu prawdę. Mamy tam iść w sobotę,ale powiem,że się na wieczór umówiłam z A,a wynagrodzę mu to w niedzielę (...).
M: To po co...
G(wchodząc mi w słowo): Oj nie zrozumiesz.

Szczera prawda - zupełnie nie rozumiem.
Rozumiem,że ludzie kłamią. Robią to z różnych powodów, dla osiągnięcia różnych celów.
Wszyscy jesteśmy tylko ludźmi,ale...
Każda zabawa powinna mieć porządne podstawy (chyba już kiedyś o tym wspominałam).

Mam dość małe grono przyjaciół. Z prostego powodu...albo się mnie kocha,albo nienawidzi.
I właśnie tej zasady się trzymam. Mam jeszcze jedną - przyjaciół trzymaj blisko,wrogów jeszcze bliżej.
Nie robię z tego tajemnicy. Staram się grać w otwarte karty z ludźmi, których szanuje.
Właśnie, ja ich szanuje,ale czy vice versa?

Kiedy już wiem,że coś jest nie tak,że ktoś coś nieudolnie kręci (oj nawet nie wiecie jak nieudolnie) - zaczynam się tym bawić. Zaczynam od dania szansy na przyznanie się do "winy". Szczerość to naprawdę nie najgorsza rzecz na świecie! Ciekawe,kiedy ludzie wreszcie to zrozumieją.
Zwłaszcza szczerość wobec najbliższych.
Jednak nie wszyscy to rozumieją. I co wtedy...
Zadaję dziwne pytania, zwlekam z podaniem herbaty, pojawiam się tam, gdzie zwykle moja noga nigdy by nie stanęła i . . . świetnie się przy tym bawię. Patrzę prosto w oczy "krętaczom" i co widzę? Panikę, brak słów, pot i zgrzytanie zębami.
I żeby to wszystko działo się jeszcze z jakiegoś ważnego powodu,a tu dupa. Dziecinada.

Ale za to ile zabawy :)
Dziękuję Wam za nią robaczki.

środa, 3 czerwca 2009

... o lecie

M: Daj spokój, czy to kiedyś zrobi się ciepło chociaż na tydzień?
A: Przecież jest ciepło.
M: No tak...na innym kontynencie na pewno!

________________________________________

A: Co to?
M: Kolejne zdobycze.
A: Nowe ciuchy?
M: Aha.
A: Bluzki?
M: Aha.
A: Na ramiączka?!?!?!?!?!?!?!?
M: No co?!
A: Optymistka.
________________________________________

Starałam się. Wierzcie mi. Słowo, starałam się, ale z naturą trudno jest wygrać.
Pokupowałam całą masę nowych, letnich, kwiatowych, satynowych, zwiewnych, kolorowych bluzeczek a do tego nowe portki typu capri (wciąż zastanawiam się nad etymologią takiej nazwy dla spodni sięgających tuż za kolano...jakieś propozycje?) i jeszcze jedne o iście matematycznej nazwie 7/8 i co? I nico!
Leży sobie to wszystko w mojej szafie. Gniecie się i miętosi. A co najgorsze - raczej marne szanse aby zaczęło miętosić się i giąć na mnie! Kocham ten kraj. Mamy w nim zimę i jesień, no i jeszcze oczywiście przedwiośnie i zimę i jesień. Generalnie mamy wszystko tylko nie słoneczne, prawdziwe lato w odpowiednio przygotowanych do tego miesiącach jak czerwiec,lipiec i sierpień.
Mamy za to gradobicie w niedzielne popołudnie, huragan po obiedzie w każdą środę i potop godny Noego gdy tylko zaplanujemy grill-a ze znajomymi w ogrodzie.

"Słońce świeci nad nami
Ogrzewa nasze nagie ciała promieniami
Tato, lato (...)"
- Sami "Lato 2000"

wtorek, 26 maja 2009

... o papierowych listach

Osobiście uwielbiam pisać listy.
Świat literek, które przemieniają się kolejno w wyrazy z później całe zdania wyrażające to wszystko,
co kłębi się w mojej głowie... BAJKA!
I w ten oto sposób z kilku zdań bez problemu potrafię stworzyć kolejną Trylogię. A co...myśleliście, że tylko Sienkiewicz taki wybitny był?

"(...) Szanowny panie hrabio, przepraszam za tak długi list, ale nie miałem czasu, żeby sformułować go krócej."

— Johann Wolfgang Goethe (1749-1832)


Jak Wy jednak o mało świecie wiecie :p

J: Kochana M, wstrętny "outlook" tutaj w górach zatrzymuje Twoje wiadomości. Jak tylko pojawiam się we F wszystko wraca do normy i znów mogę Cię czytać. Póki co - wysyłam do Ciebie papierowy list.
Napisz proszę,czy dostałaś tę wiadomość.

M: U mnie bez problemów.Wszystko dostaję. Zmartwiłaś mnie tym blokowaniem :/ (...)
Papierowy list doszedł. Oczywiście jest lekko po przejściach,ale to już zasługa naszych urzędów pocztowych.

J: Dolatujesz! No słowo daję - DOLATUJESZ! Ale wariactwo z tym Internetem.
Cieszę się, że papierowy list doleciał. Tęsknimy za Tobą. Pisz co tam u Was.
__________________________________________________

po kilku tygodniach...

M: Czy wszystko u Was w porządku? Nie mam od Was żadnych wieści! (...)

M: Halo! Jest tam ktoś?

M: W ten weekend zadzwonię. Może zastanę kogoś w górach. Jak nie - będę atakować F, może przynajmniej A będzie w domu.
__________________________________________________

dwa miesiące później...

J: Jednak nie dolatujesz! I jeszcze się okazało, że moja poczta też jest blokowana.
Ktoś musi z tym wreszcie coś zrobić bo zwariuję.
Wysyłam papierowy list.

No proszę, a socjologowie obawiali się, że Internet i e-mail całkowicie wygryzie słowo pisane ręcznie.
Nie mieli racji.
Co prawda żyjemy z czasach lotów w kosmos, globalizacji, 4 telefonów komórkowych w przeciętnym gospodarstwie domowym, przyspieszenia do 100km/h w 10 sekund, ale...
Prawie każdego dnia możemy odczuć na własnej skórze zawodność techniki.
A to komórka rozładuje się w najmniej odpowiednim momencie, automat do wydawania numerków w urzędzie zwariuje i zamiast A315 ciągle wypluwa D02, automatyczne drzwi w autobusie dojdą do wniosku, że wcale automatycznie nie są i biegnij,przedzieraj się w gąszczu współpodróżnych do kierowcy z błagalną miną aby Cię gdzieś na poboczu jednak wysadził.

I właśnie w takie dni dochodzę do wniosku, że stare metody mają swój urok.
Choć papierowy list będzie do nas szedł czasem i 3 tygodnie (mój rekord do 8 z Bali do Niemiec później do Polski, znów do Niemiec bo rzekomo zwrot i wreszcie ponownie do Polski wprost do mojej skrzynki), na kopercie dostrzeżemy wszystkie czynniki zewnętrzne jakie na niego oddziaływały [zmęczenie osoby odpowiedzialnej za stemplowanie, brudne łapki sortera, ciasnotę w worku i wilgoć w samolocie/samochodzie/pociągu, zagięcia po bezmyślnym składaniu listu przez listonosza aby się zmieścił do skrzynki, bo tak trudno go czasem pod innym kątem wsunąć i na koniec moje ulubione...warunki atmosferyczne(!) - deszcz jest najwspanialszy, zwłaszcza jeśli pół koperty wystaje z owej skrzynki :) ] to jednak nic nie przebije tego uśmiechu na twarzy gdy wreszcie znajdzie sie w moich dłoniach.
Kocham papierowe listy i nigdy ich nie wyrzucam. Nie umiem się z nimi rozstać, choćby były jedynie trzema zdaniami na wyrwanej niedbale kartce w kratkę... one i tak mają w sobie magię.

"(...) każdy list jak gdyby przeświecał tym, co w nim jest wewnątrz, tak jak na twarzy prostego człowieka odbija się treść serca. Każdy list ma swoją twarz. Ileż razy, wziąwszy list w ręce, człowiek bez powodu, bo się nie spodziewał złych wieści, uczuwa lęk... Ręce mu drżą i zwleka z otwarciem. Ileż razy! Wtedy w liście, jak w papierowej trumnie, leżą niemal zawsze słowa takie, jak umarłe, albo w nim coś płacze czarnymi łzami, i przeciwnie! Czasem list wpada, jak trzepocący się gołąb, tuli się do rąk, pieści się, uśmiecha i niecierpliwi, jak gdyby chciał, by go prędzej otworzono, bo ma do oznajmienia niespodziane szczęście, ma wykrzyknąć promieniste słowo... Wtedy zawsze z takiego listu pada ci na serce promyczek, albo na usta pada ci jak kwiat - pocałunek."
— Kornel Makuszyński

czwartek, 9 kwietnia 2009

... o kartoflach

kartofel - "jest to gatunek byliny; pochodzi z Ameryki Południowej; obecnie rozprzestrzeniony na całym świecie jako roślina uprawna; w Polsce jest pospolicie uprawiany i przejściowo dziczejący(...)"
źródło: wikipedia

A: Wyobraź sobie, że podszedł do mnie jak wysiedliśmy. Zaczepił a później jak gdyby nigdy nic powiedział "Chciałem Ci przedstawić MOJĄ PANIĄ". Kiepsko?! Chciał mi przedstawić swoją dziewczynę.
M: I jak?
A: Daj spokój. Straszna.
M: A wiesz co jest najlepsze?
A: Co?
M: Że ona widziała Ciebie :) I kto jest górą :)

___________________________________

M: Uuuu widziałam dzisiaj nową pannę P.
A: No i?
M: Ale kartofel!
A: Czyli jaka?
M: Oj proszę Cię... Włosy takie no...nijakie. Mała oponka z przodu, ale to nawet dobrze. Wiesz, taka nijaka. Kurcze jak to powiedzieć? Oj no normalnie jak te z UKSW.
A: Boże!
M: No właśnie. Szli chodnikiem i wiesz co... rany, tacy jacyś juhhh. Ale powiem Ci,ze to fajna akcja była. Później przez dobre pół godziny miałam uśmiech na twarzy jak Czarodziejka z Księżyca i tylko ludzie się przez to na mnie dziwnie patrzyli, ale po za tym było mi bajkowo.
A: Masz rację, takie coś dobrze na człowieka działa.
M: Mała rzecz a cieszy :)

Przyznaję się bez bicia - jestem straszna. I co z tego? Jestem też kobietą a bycie kobietą ma swoje prawa.

Kobiety mogą równie mocno kochać co nienawidzić. Mogą śmiać się z byle błahostki albo dąsać latami bo dostały samochód w nieodpowiednim kolorze. Nie widzę problemu w zmianie fryzury jeśli zwykłe zakupy nie są już tak atrakcyjne jak kiedyś. Kobieta może pościć w eter najbardziej skrywany sekret innej osoby tylko po to aby zapomnieć na chwilę o swoich własnych problemach. Może objadać się czekoladą a jak jej społeczeństwo (patrz inne kobiety) zaczną wypominać zbędne dekagramy,powie od niechcenia, że to teraz taka moda...Kobieta może stworzyć modę właśnie od niechcenia.
Co sie będziemy oszukiwać... KOBIETA MOŻE WSZYSTKO.

Właśnie dlatego kobieta obgaduje. A obgadywanie tym bardziej fajniusie im prawdziwsze. Wiec jeśli ktoś ma jedynie głębokie wnętrze, dlaczego mamy to przemilczeć? Nas raczej nikt za plecami nie przemilczy gdy nadejdzie nasza pora.
Więc jaka jest różnica między kartoflem a piwonią? Przecież oba gatunki są bylinami :)

czwartek, 5 marca 2009

... o przypadkach

Uwielbiam komplikować sobie życie. To jest chyba takie moje małe hobby.
Cóż jest fajnego w chodzeniu utartymi szlakami?
Przecież tyle radości może dać przypadkowe pomalowanie pokoju na niespotykany kolor; przypadkowy wybór liceum, na dźwięk którego nazwy ludzie dostawali gęsiej skórki czy przypadkowe spędzenie wakacji w domu, bo wszyscy jechali tam, gdzie mnie nigdy nie ciągnęło, itp.

"Nie ma czegoś takiego jak przypadek. Cóż to bowiem jest przypadek? To tylko usprawiedliwienie tego, czego nie jesteśmy w stanie zrozumieć."

- Wiesław Myśliwski "Traktat o łuskaniu fasoli" -

M: (...) a wiesz co jest najbardziej niesamowite?
A: Nie,ale pewnie mi powiesz.
M: Bo tam, przed drzwiami frontowymi, no wiesz przy tym zakładzie co go codziennie mijam, stoi taki sam samochód jakim on jeździ. I wyobraź sobie,że kiedy wyjechał ten samochód też zniknął. Dosłownie w tym samym czasie!
A: Hym...No wiesz...
M: Oj ja wiem, że to nie jego samochód. Ale jednak to takie trochę dziwne.
A: Przypadkowy przypadek i tyle.
M: No masz rację, ale to jednak dziwne. Stał tam sobie każdego dnia od ponad roku i nagle BUM...zniknął. Tak zupełnie bez słowa.
A: Ale dziwisz się, bo nie wiesz jak to wyjaśnić czy raczej masz pretensje, że samochód słowem Ci nie wspomniał o tym, że chce zniknąć?

Przypadki nie istnieją. Nie w moim życiu. Tutaj wszystko ma jakiś cel. Takie podwójne dno nawet czasem. Coś jest protestem wobec własnego pokolenia, coś innego ma miejsce tylko po to aby na chwilę przystanąć i zasłuchać się w pękaniu lodu w szklance.
Wszystko jest po coś. Po to aby pamiętać, aby się nam z czymś kojarzyło, dawało inspirację czy kopa do dalszego działania.

Przypadki nie istnieją. Męczę się w zbyt jasnych czterech ścianach i od zawsze marzyłam o "jagodzie ze śmietanką" na ścianach. Po 8 latach w molochu nie mogłabym iść do kameralnej szkółki, po za tym to prawie męska szkoła była, więc już w ogóle bajka. Jaki sens ma wydawanie kilku tysięcy i patrzenie na coś czego się nigdy nie chciało na żywo oglądać na dodatek w towarzystwie dziwnych osób.
Umiem to wszystko wyjaśnić i przedstawić tak, aby i inni zrozumieli.

M: Chyba mam "ale" do samochodu. Podejrzewam jednak, że to właściciel nie powiedział mu, że od jutro jego miejsce zajmie nowy model.
A: Czyli wiesz co się stało?
M: Raczej tak. Chociaż jakoś mniej mi się ta wersja podoba.
A: Cała Ty. Wasze musisz coś komplikować.

Szukajcie wyjaśnień. No chyba, że lubicie łatwe rozwiązania.

czwartek, 19 lutego 2009

... o konwersacjach

"(...) Są rzeczy w życiu, których kobiety nie rozumieją. Zdają sobie natomiast sprawę z potęgi słów, a na domiar złego umieją się nimi świetnie posługiwać, używając ich jak sztyletu.
To dlatego kobiety nigdy nie toczą wojen. Nie muszą. Za pomocą ostrego języka potrafią poszatkować wroga szybciej, niż krajalnica posieka główkę kapusty. Przychodzi im to bez większego wysiłku, w istocie często robią to z prawdziwą radością."- "Winnica w Toskanii" Ference Mate -

Zabrzmi to przerażająco, ale... zgadzam się z tym uroczym panem.
Jestem kobietą i nie ma dnia, aby mnie coś nie zadziwiło swoją jakże pochłaniającą niezrozumiałością. Nie rozumiem rzeczy błahych jak radości z zasypującego nas śniegu, który lada dzień zacznie topnieć i dla odmiany - zalewać nas, a kończąc na problemach globalnych jak bagatelizowanie światowego kryzysu już chyba na każdej płaszczyźnie.
Przyznaję się,( choć niechętnie) do swojej słabości.
Idąc dalej za autorem, stwierdzam, że nie wszystkie kobiety potrafią dostrzec prawdziwą potęgę słów. Tylko im sie wydaje, że wiedzą co z nimi począć, ale w rzeczywistości są jedynie berbeciami w pieluchach raczkującymi po dywanie w salonie z tymi swoimi żałosnymi tekstami w rodzaju "To już mnie nie kochasz?" czy "Uważasz, że ona jest ładniejsza ode mnie? "
Mam przyjemność należeć do kobiet, które wiedzą co z czym się je!
Ja nigdy nie walczę.
Walka zaślepia ludzi. Traci się wówczas zmysł zdrowego rozsądku. Trudno jest się w odpowiednim momencie zatrzymać i zastanowić czy wciąż warto wydrapywać przeciwnikowi oczy i wgryzać się mu w tętnicę szyjną.
Ja prowadzę konwersację.
Siedzę sobie wygodnie, z kubeczkiem czegoś ciepłego i smacznego do picia i oddaję się zapomnianej sztuce rozmowy z drugim człowiekiem. Uprzejmie słucham, nie wchodzę w zdanie. Analizuję i przyswajam każde choćby najbanalniejsze zdanie. Powoli wszystko zaczyna mi sie układać w spójną całość i . . . Nadchodzi czas na starcie ostateczne.
Rozróżniam trzy typy słów.
I. Mają za zadanie subtelne podgryzanie. Lekko ukąszą, odrobinkę zaognią. Rozmówca nawet nie wie co się dzieje, niespostrzeżenie staje się ofiarą swoich własnych słów, które wracają do niego w odmienionym znaczeniu. Cudowna rozrywka przy herbatce.
II. Służą irytowaniu. Całą zabawa polega na tym aby zbudzić wrogość w naszym rozmówcy, jednocześnie nie rezygnując z roli uprzejmego słuchacza. Tutaj trzeba się wykazać sprytem, elokwencją i wyrachowaniem oraz nienagannymi manierami. Ileż przy tym jest zabawy, zwłaszcza ze szklaneczką martini z sokiem pomarańczowym.
III. Niezastąpione do powalenia choćby skały granitowej. Nie wiele z nas potrafi wznieść się na wyżyny i nie zlecieć z nich z hukiem. Ale jeśli choć raz, sięgniecie po słowa, które w drobny pył rozbiją Waszego dyskutanta-będziecie wiedziały, że tylko z lenistwa świat jeszcze nie należy do Was. Używając ich jednak trzeba pamiętać, aby nasza broń pozostała jedynie w naszych ustach. Trzeba panować nad emocjami, one nie mogą z nami wygrać. Każde, choćby najdrobniejsze słowo trzeba przemyśleć dwa razy. Czasem nawet lepiej coś przemilczeć, gdzieś zrobić pauzę, niż pozwolić dać się zagonić w kozi róg. Tutaj nie ma miejsca na błędy! A tym bardziej na szklaneczkę czegokolwiek.

Kocham konwersować! Dziękuję losowi za ludzi w moim życiu, którzy tak często
zapewniają mi tę rozrywkę. Jesteście sensem bycia kobietą. . .prawie jak błyszczyki, perfumy i koronkowa bielizna.

wtorek, 3 lutego 2009

... o wampirach

Niespodziewana zmiana napięcia prądu zabiła moją drukarkę. (A może tylko zasilacz?) Niestety pracować trzeba i włóczyć się po różnych salach i sępić o zwolnienie sprzętu na minutkę.
Umowy musiałam mieć teraz, natychmiast, już!
Niestety leciwy HP był innego zdania. Czekając milion minut aż wypluje z siebie 10 kartek, zamyśliłam się bezmyślnie a z tego stanu wyrwały mnie poniższe rozmyślania...


N:
A ja wiem jak rozpoznać wampira! Trzeba złapać takiego gościa i mocno związać...na przykład jakimś sznurkiem albo lepiej liną. I koniecznie zaciągnąć przed lustro. I jak z nim staniesz przed lustrem i nie zobaczysz jego odbicia, to będziesz wiedział,że to właśnie nie jest człowiek.
__________________________________________________

G: I wampiry są białe. Takie białe,że aż blade! I one jedzą krew.

J: A dlaczego krew?

G: Oj no wiesz co! Bo one jedzą wszystko co jest czerwone. No a krew jest czerwona. Więc to proste.

J: Czyli pomidora też zjedzą? Bo ja bym zjadła jakbym była wampirem.

G: No jasne! Przecież pomidor jest czerwony!

N: Więc jabłka też jedzą?

G: Oczywiście, ale tylko te czerwone.

N: To zrozumiałe.
__________________________________________________

J: A wiecie,że one nie mają rozumu!!!!!

N: Głupia jesteś!

J: Ja?

N: No tak... bo one mają rozum.I to jaki! Wampiry nie mają serca.
__________________________________________________

G: Myślicie, że one się zakochują?

N: No jasne! Każdy wampir ma kogoś do kochania.

G: Ale jak mogą kochać bez serca?

J: No właśnie. Jak nie mają serca,to nie mogą kochać! Nie mogą kochać kogoś. Nie mogą kochać mamy ani nawet takich małych kotów.

G: Takich puchatych też nie?

J: Nawet puchatych. Straszne no nie.

N: A ja wam mówię, że mogą! Mogą kochać i już. I są wtedy takie szczęśliwe i zadowolone. Tylko nie mogą na siebie w tych lustrach patrzeć. To smutne. Bo jak by tak chciały z tym kochaniem stanąć i się zobaczyć... to siebie nie zobaczą i będzie im przykro.

J: Ej, ale zobacz jak będą kochać innego wampira, to będzie im lepiej! Bo nikogo nie będzie w tym lustrze! Nie będzie im przykro.
__________________________________________________

N: Chciałbym być wampirem.

G: Ja też.

J: Noo. Ej zagramy teraz w warcaby?
__________________________________________________

środa, 28 stycznia 2009

... o życiu prywatnym

Nie jesteśmy kotami…mamy tylko JEDNO ŻYCIE!
JEDNO i …WŁASNE!

Proszę zacznij żyć własnym życiem.
- nie zmuszaj się do grania w „kosza” skoro wcale cię to nie kręci;
- nie jedz owocowych lodów skoro wolisz czekoladowe;
- nie zamawiaj pizzy z szynką parmeńską skoro odrzuca cię na sam dźwięk jej nazwy;
- nie instaluj dziwnego, zupełnie niepotrzebnego oprogramowania tylko dlatego, że coś o nim wspomniałam;
- nie udawaj, że lubisz upały;
- nie wybieraj moich miejsc do zobaczenia;
- nie kochaj piosenek, które nie wiesz z czym ci się kojarzą;
- nie kupuj na siłę ubrań nie w twoim stylu;
- nie opowiadaj bzdur o długim spaniu;
- nie wyszukuj w pamięci minionych spotkań;
- nie udawaj, że słuchasz i współczujesz;
- nie dawaj rad, których sama byś nie posłuchała;
- nie mów, że masz dość swojej pracy;
- nie przytakuj wiecznie w sklepach;
- nie oglądaj filmów które cię nudzą;
-nie kłam.

Lubię rzucać z pola „za trzy”.
Lubię sorbety.
Lubię włoską szynkę wędzoną a z melonem wręcz kocham.
Lubię zaśmiecać komputer zbędnymi gadżetami, bo tak fajnie jest jak się je wreszcie od instaluje .
Lubię zapach rozgrzanego kamienia i piasku.
Lubię szukać w necie wczasów w ukochanych miejscach, nawet jeśli mnie na nie nie stać.
Lubię piosenki za to, że z czymś mi się kojarzą.
Lubię rzeczy, które można założyć na salony, ale też i na grila na tarasie.
Lubię spać 14 godzin na dobę.
Lubię wspomnieć, że u kogoś byłam, to miłe, że ktoś poświęca mi swój czas wolny.
Lubię słuchać innych, chociaż sama czasem ich zagaduję na śmierć.
Lubię mówić co można zrobić.
Lubię moją pracę, choć wynagrodzenie nie lubi mnie.
Lubię mówić co mi się podoba a co wygląda poniżej krytyki.
Lubię czasem obejrzeć coś, co na dłużej zatrzyma się w mojej pamięci.
Lubię kłamać, może dlatego, że wychodzi mi to naturalnie. Ale nigdy w błahych sprawach!
...Jestem jaka jestem. Nie zmienię się, ale też nie pozwolę abyś zabierała mi moje „jestem”.

Wiesz dobrze jak to się skończy…I po co Ci to?

Potrafię być wstrętna. Potrafię dokopać jednym zdaniem. Potrafię obejść się bez innych. Potrafię nie odbierać upierdliwie dzwoniącego telefonu. Potrafię ignorować. Potrafię uknuć intrygę. Potrafię znienawidzić. Potrafię powiedzieć „po prostu spieprzaj i płacz”.
I tylko jedna osoba na świecie może być moim lustrzanym odbiciem.
Ale nie ty.